niedziela, 4 listopada 2012

Rozdział 69



Drodzy czytelnicy,
Zanim zabierzecie się za czytanie rozdziału zwracam się do was z wielką prośbą, aby jednak tym razem klikać na każdy link z muzyką. To kilka sekund, a efekt o niebo lepszy. Poza tym koleżanka napracowała się nad złączeniem muzyki, nie chcę żeby jej wysiłek poszedł na marne.
Z góry dziękuję.
Kiedy moja katana zanurzyła się w klatce piersiowej kolejnego mężczyzny niczym nóż do topniejącego masła, myśli zataczały się wokół Sakury. Myślałem o tym co powiedziała do mnie tamtego wieczora, gdy bez skrupułów nawiedziłem ją w szpitalu.
Kocham cię… Kocham cię i nienawidzę.
Na tym chyba polegała miłość. W każdym razie im więcej o tym myślałem, tym potężniejszy gniew przebijał się przez moje ruchy i głos. Przedzierałem się do przodu, spychając złowrogą armię za pomocą łokci. Naruto i reszta nie dawali za wygraną. Bronili się, jednocześnie obserwując mnie i to, co mam w planach.
Owszem, miałem plan. Dziecinnie prosty. Panosząca się we mnie złość jakimś cudem przyczyniła się do ponownej aktywacji Susanoo, bo raptem fioletowa energia rozjarzyła się wokół, a hardość w spojrzeniach wrogów, ustąpiła miejsca niepewności i strachu. Co drugi stający mi na drodze mężczyzna cofał się, lub rezygnował, czmychając gdzieś na bok. Nie miałem im tego za złe, nawet nie szydziłem z nich w myślach. Byłem tak potwornie rozwścieczony i rozkojarzony, że praktycznie nic nie byłoby w stanie wyrwać mnie z odurzenia. Nawet gdyby naraz Konohę zaatakowały wszystkie możliwe klęski żywiołowe.
 - To Uchiha!
 - Bądźcie ostrożni, Madara nas przed nim ostrzegał.
 - Co to za chakra?
Roznoszące się gardłowe głosy również nie przykuwały mojej uwagi. Wzrokiem wyłapywałem ich właścicieli, a sterczące nade mną fioletowe monstrum wykonywało za mnie brudną robotę.
Straszliwie, przeciągłe jęki dobiegły do uszu wszystkich zebranych. Na parę chwil wszystko się zatrzymało, jak gdyby ktoś wcisnął pauzę. Karin, Juugo i Naruto gapili się ślepo we mnie. Stanąwszy naprzeciw, usiłowałem przejąć kontrolę nad przyśpieszonym tętnem i nienaturalnie szybkim oddechem.
 - Załatwcie ich! – ryknąłem ile sił w płucach. – Idę do Sakury! Muszę zabić Madarę! Muszę uratować Orichi’ego! Ja… ugh… - zanurzyłem twarz w rękach, pulsujący ból rozsadzał mi głowę.
Ciepła i kojąca energia Naruto zmaterializowała się obok mnie. Uzumaki skinął głową na Karin i Juugo.
 - Pozycje obronne! Nie możemy im pozwolić, aby dostali się do Sasuke, rozumiecie?
Napięta atmosfera odrobinę uleciała, gdy lazurowe ślepia łypnęły na mnie.
 - Naruto… - wstrzymałem oddech.
 - Idź Sasuke. Nie daj się zabić, nie daj mu zabić Sakury oraz sprowadź ją i Orichi’ego z powrotem. Liczę na ciebie. Wierzę w ciebie. Myślę, że ja z oddziałami ANBU i wszystkimi drużynami zdołamy opanować sytuację w wiosce dopóty, dopóki Madary nie będzie w pobliżu. Są poza murami wioski, czujesz chakrę Sakury, prawda?
Zamknąłem oczy, rzucając się w otchłań skupienia. Coś słabego pulsowało niecały kilometr od nas.
 - Czuję – przez mój głos przebijała się narastająca panika.
 - I czujesz też w jakim stanie jest jej chakra?
Niewątpliwie w tragicznym. Ogarnięty bojowością tłum zagłuszył moje ciche mruknięcie. Czerwono-włosa i Juugo zjawili się przed nami, próbując okiełznać armię Madary..
 - Nie możemy tracić czasu – powiedział Uzumaki i położył dłoń na moim ramieniu. – Bądź silny i nie daj się. Obroń Sakurę-chan.
 - Obronię – powiedziałem bez cienia wątpliwości. Po twarzy Naruto rozlał się dumny uśmieszek, a już po chwili przyjął pozycję gotową do ataku.
 - Biegnij, muszę czym prędzej pomóc Karin i Juugo.
Bez słowa i wahania podążyłem za tropem, który wcześniej wskazał mi blondyn. W głąb lasu, zieleni i krzewów, gdzie prawdopodobnie rozgrywało się istnie piekło. Aż ścisnęło mnie w żołądku i ponad wszelką wątpliwość wyglądałem, jakbym zaraz miał zwymiotować.
To paskudne, okropne i męczące uczucie, kiedy wiesz, że najcenniejszej dla ciebie osobie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a ty jesteś zbyt oddalony, aby jakkolwiek temu zapobiec.
S A K U R A
Zalękniona i rozgorączkowana przedzierałam się uporczywie przez nacierające na mnie krzewy i gałęzie. Moje nogi pracowały jak tłoki maszyny, podnosiłam je bardzo wysoko, by przypadkiem niezdarność nie przyczyniła się do porażki. W głowie dudnił mi tylko i wyłącznie Orichi, a to było bardziej mobilizujące i skutecznie niż jakiekolwiek ilości adrenaliny w żyłach.
Gdy wreszcie dotarłam do bram Konohy, byłam lekko zbita z tropu. Madara jednak szybko mnie nakierował; czerwone chmurki w białej otoczce rzuciły mi się w oczy szybując nad murem. Pod stopami dostrzegłam leżących mężczyzn i całym sercem wierzyłam, że byli to ludzi Madary, którzy nie przetrwali wybuchu. Zebrałam się w sobie i ruszyłam dalej. Nie mogłam się teraz dekoncentrować. Moja chakra była na wyczerpaniu, a przede mną piętrzyła się niewiarygodnie wysoka poprzeczka.
Dziwnie uczucie w żołądku nie ustępowało.
Przyśpieszyłam.
Śmiech Madary dochodził do moich uszu. Stało się dla mnie jasne, że od teraz stanowię nieodłączny element jego chorej gry. Bóg jeden wie, gdzie w owym momencie mnie naprowadzał, najważniejszą rolę ogrywał Orichi i to, że przez moją lekkomyślność grozi mu niebezpieczeństwo.
Po przekroczeniu murów biegłam jeszcze około piętnastu minut, zanim zauważyłam ścianę jakiegoś z wiekowych budynków. Wydało mi się dziwne, że coś takiego znajduje się w samym środku zdziczałego lasu, lecz nie zdążyłam porządnie przeanalizować tej myśli, bo obraz przede mną momentalnie się zamazał, a jakaś tajemnicza siła cisnęła mną na najbliższe drzewo. Uderzyłam w jego korę przy wtórze okropnego dźwięku.  
Podniosłam wzrok.
 - Tańczysz jak ci zagram – znów ten szydzący głos. Mogłam tylko sobie wyobrazić równie szydzący uśmieszek Madary. Zastanawiałam się czy jego twarz nie jest uformowana tak w naturalny sposób. Powietrze przede mną nagle skumulowało się w jednym punkcie, a obiekt moich lęków zjawił zmaterializował się z rozłożonymi rękami.
Zacisnęłam pięści i podniosłam się.
 - Gdzie Orichi?
 - Nie gorączkuj się tak. Zaraz do nas dołączy.
 - Hę? – jego spokój przyczynił się do spotęgowania strachu. Rozejrzałam się po okolicy, ale nadal jedynym dostrzegalnym kolorem była zieleń.
 - Haruno, załatwmy to szybko, dobrze? – zrobił krok do przodu. – Powinnaś mi być wdzięczna. Postanowiłem, że nie zabiję cię na oczach Sasuke. Chociaż… może wtedy zdołałbym jeszcze przekierować jego nienawiść na swoją stronę?
 - Naprawdę mam ci być za to wdzięczna?
Strach nie tylko owijał mój żołądek, on zataczał krąg wokół mojej osoby, niwelował strategiczne myślenie. Tylko jednego byłam pewna; prędzej język sobie odgryzę, niż pokażę mu to co kłębi się w moim wnętrzu. Ach! Może była jeszcze druga rzecz, której byłam pewna; Nie dam się tak łatwo zabić.
Zatem wyciągnęłam ostatnie kunai, jakie udało mi się pochwycić przed ucieczką i zmierzyłam go wzrokiem. Szczęście w nieszczęściu, że moja technika dodała odrobinę procentów do szansy na zwycięstwo. Madara najwidoczniej nie był tego świadomy, co jeszcze bardziej zagrzało mnie do walki.
Jednak, gdy zbierałam się już do biegu, on zatrzymał mnie gestem dłoni:
 - Spokojnie, nie tak prędko. Nie chcesz najpierw wiedzieć o co toczy się walka?
Prześlizgnęłam wzrok tam, gdzie szybował jego palec i momentalnie zza gęstej zieleni wyłonił się… Madara. Pierwsza reakcja? Panika, szok, niedowierzenie, ale potem strategicznie myślenie zdołało przebić się przez wszystkie emocje i poinformować, że to może być tylko jego klon. Najgorsze jednak było to, że ów klon trzymał w żelaznym uścisku Orichi’ego.
 - Puszczaj go! – zagrzmiawszy, pogroziłam trzymanym narzędziem.
 - Sakura-san! – zawołał Orichi, usiłując uwolnić się ze stalowego uścisku.
 - Jesteście żałości – Madara zniesmaczony pokręcił głową. – Niechże dzisiaj skończy się ta cała paranoja. Jestem niezwykle podekscytowany nie tyle myślą o zrujnowaniu całej wioski, ale i o pozbawieniu ciebie życia, Haruno. A do pomocy użyję tego małego chłopczyka. Ujmijmy to tak; śpieszy mi się, aby pozałatwiać sprawy z Sasuke i jeszcze nawrócić go na właściwą drogę. Być może zachowuję się nie honorowo, ale cóż… Mówi się, że życie jest brutalnie, nieprawdaż? – wzruszył ramionami, nie mając pojęcia o tym, że ten jeden gest spiął każdy mój mięsień. – Załatw go – to ostatnie zdanie odnosiło się do klona.
Naprawdę myślałam, że teraz stanę się ofiarą szantażu, a ostry sztylet zostanie przytknięty do szyi Orichi’ego, ale kopia Madary nie reagowała, natomiast poruszała się ociężale i mimo, że to nie ja byłam w jego łapskach, mogłam poczuć jak ucisk rozluźnia się z każdą kolejną sekundą. 
 - No dalej! – Madara zaczął tracić cierpliwość. Niestety jego głos zdradził również zdezorientowanie.
Orichi zaczął się szamotać.
I niewątpliwie prędzej czy później pokonałby stalowy uścisk, tyle, że zupełnie niespodziewanie drugi Madara rozpłynął się w powietrzu, a na pożegnanie buchnął gęstym dymem. W okamgnieniu rzuciłam się ku malcowi i pociągnęłam w tył, jak najdalej od prawdziwego Madary.
- Spokojnie, spokojnie. Stój za mną – szeptałam, nie do końca rozumiejąc to, co się przed chwilą wydarzyło.
 - Sakura-san… czemu on… Co się stało? Zrobiłaś coś?
 - Nic a nic – pokręciłam głową.  
Jak jeden mąż przenieśmy spojrzenia na Uchihę, wpatrującego się ślepo w punkt, gdzie zaledwie kilka sekund temu stał jego klon. Przyjemnie było widzieć na jego twarzy niedowierzenie, tym bardziej, że coś w moim umyśle naraz zaświtało, podając na tacy sensowną teorię.
Odwróciłam się do Orichi’ego.
 - Posłuchaj mnie. Teraz Sakura-san zajmie się resztą, zgoda? A ty w tym czasie wróć z powrotem do wioski i udaj się w jakieś bezpieczne miejsce. Tylko pamiętaj… biegnij przed siebie, niezależnie od tego co będzie się działo. Nie daj się złapać.
 - Nie ma mowy! Nie zostawię cię tu! Sakura-san nie może sama walczyć z tym mężczyzną. On jest zbyt silny!
 - Ćśś. Dam sobie radę.
 - Damy sobie radę – poprawił mnie z niepewnym uśmiechem, który zgasnął zupełnie, napotykając ciężkie spojrzenie Madary.
 - To twoja sprawka Haruno? – wycedził, spinając mięśnie szczęki.
Przypływ śmiałości był tak potężny, że nie byłam w stanie powstrzymać szyderczego uśmiechu jaki wpełzł na moją twarz. Widok zdezorientowanego Madary nie mógł mnie w pełni nasycić.
 - Tak to właśnie jest, kiedy kieruje tobą przesadna pewność siebie. Byłam zdziwiona, że znasz działanie mojego Jutsu, ale jak widzisz… umknął ci jeden istotny punkt – zaczerpnęłam świeżego powietrza i zasłoniłam Orichi’ego własnym ciałem. – Moja klatka nie tylko unieruchamia przeciwnika, ona żywi się jego chakrą, wsysa ją. I to właśnie w przypadkach, gdy technika zostanie zatrzymana, chakra będzie maleć jeszcze do pewnego momentu. Uszkodziłam twoje punkty wyjścia, w których przepływa energia, a jak wiadomo potrzebny jest czas  na regenerację. Za pięć, sześć minut będziemy na tym samym poziomie chakry.
Serce skakało mi w piersi jak konik polny. Madara przybrał zamyślony wyraz twarzy i naraz w uszach znów zadźwięczał mi jego perfidny śmiech.
 - Nie potrzebna mi chakra, aby cię zabić. Mam inny sposób.
 - Dawaj – wyciągnęłam rękę przed siebie i ruchem palca wskazującego poradziłam mu ruszyć przed siebie. Tak też zrobił.
 - Sakura-san, nie rób tego – powiedział Orichi.
 - Nie mam innego wyjścia – szepnęłam bardziej do siebie niż do niego. Postanowiłam spróbować bardziej energicznie. – Cofnij się! Za chwilę będzie po wszystkim.
Przynajmniej miałam taką nadzieję.
Teraz musiałam pracować jak naoliwiona maszyna. Atak-unik, atak-unik, skok, manewr odwracający uwagę. Zwinnie czmychałam przed każdym kolejnym zamachnięciem, a wycie wiatru współgrało z moim rytmem. Wszystko mnie tak bolało, że aż chciałam krzyczeć.  Każde zadrapanie krwawiło, nie pozwalając mi wyrzucić z pamięci upadku w objęcia krzewów. Na kolanach miałam krew Eizo Yamondo, która przypomniała mi o jego śmierci. Sharingan Madary kojarzył mi się z Sasuke, a płacz Orichi’ego doprowadzał do paranoi.
 - Jak długo masz zamiar uciekać przed śmiercią? – zapytał Madara, gdy ostrza zderzyły się pomiędzy naszą dwójką i drżały, próbując wzajemnie przezwyciężyć się siłą.
 - Nie uciekam przed śmiercią. Ja się jej przeciwstawiam.
 - Jesteś bardziej naiwna niż sądziłem – prychnął.
 - A ty bardziej gadatliwy! Walcz! – irytacja okazała się moim sprzymierzeńcem. Odepchnęłam Madarę w tył, ale było to dosłownie parę kiepskich metrów. Mężczyzna nieomal natychmiast przystąpił do kolejnego ataku.
 - Przysięgam ci, że zabiję każdego kto coś dla ciebie znaczy! Twojego narzeczonego już się pozbyłem! Teraz ten bachor, dzieciak z Kyuubi’m i Sasuke podzielą jego los! – krzyczał, płynnie się poruszając.
Z ładunku emocji musiałam odskoczyć w tył i odstąpić od niewiarygodnie skutecznego rytmu. I to właśnie wtedy Madara zadał mi pierwsze obrażenie. Przewidział mój ruch, a ostrze kunai zostawiło długą linię na ramieniu, która po sekundzie nabrała czerwonej barwy.
 - Sakura-san! – Orichi w ułamku sekundy zjawił się obok i objął moją lewą nogę. – Błagam, przestań! Nie chcę cię stracić!
 - Odsuń się. Muszę go pokonać.
 - Nie rób tego, uciekaj… - chlipał, a parę chwil później na skórze poczułam spływające kropelki łez. – Sakura-san…
Smutek zżerał mnie od środka jak natrętny robak. Odsunąłem się delikatnie od Orichi’ego i ruszyłam do przodu.
 - On ma rację – wtrącił się Madara. Był dziwnie zadowolony. – Uciekaj. I tak niewiele ci zostało.
Co miał na myśli?
W każdym razie jego uwaga nastroiła mnie jeszcze większą walecznością. Nie! Nie ucieknę jak tchórz! Nie poddam się! Doprowadziłam chakrę Madary niemal do zera. Wystarczy wytrzymać jeszcze chwilę, aby potem wykorzystać ostatnie gramy mojej energii na zupełną destrukcję.
Iskierki gniewu jarzyły się w moich oczach. Położywszy ręce na ramionach Orichi’ego, odepchnęłam go od siebie stanowczym, aczkolwiek ostrożnym ruchem. Kiedy strategiczne myślenie nakazało mi zbadać teren, dopiero teraz ponownie zauważyłam ścianę budynku. Na ten widok przeszyły mnie solidne dreszcze. Pamiętałam ją. Pamiętałam ją aż za dobrze. To tu, przy kruszących cegłach i powiewach wiatru uświadomiłam sobie, że w moim brzuchu rozwija  się dziecko. To właśnie tu uciekłam od Sasuke, będąc wtedy pewna, że oboje się nienawidzimy. I to właśnie tu, ja, Sakura Haruno pokonam Madarę Uchihę, przywracając spokój wiosce Ukrytej w Liściach.
 - No dalej Haruno, ja jestem gotowy – ponaglał, a metalowe ostrze poraziło mnie swym blaskiem.
Byłam trochę bardziej pewniejsza niż z początku. Chwiejnym krokiem ruszyłam w przód i naraz uprzytomniłam sobie, że obraz przede mną stał się odrobinkę mniej ostry.
Wystawiłam przed siebie drżące dłonie. Spojrzałam na Madarę, a on też zdawał się mnożyć do kilku innych klonów. Pokręciłam głową. Nieomal mi ulżyło, kiedy obraz wrócił do dawnej formy, ale wtem oczy zaczęły mnie piec, a w moim żołądku wezbrała się fala mdłości.
 - Ugh! - mimowolnie chwyciłam się rękoma za brzuch i zacisnęłam oczy. Pulsujący ból nie ustępował. Zatrzymałam się, mając wrażenie jakbym naraz została sparaliżowana. Znieruchomiałam. Coś zaciskało się wokół mojego serca, zachłysnęłam się powietrzem. Ale uporczywa Sakura nie odpuszczała i gdy ponownie miała zamiar ruszyć w stronę Madary, świat zaczął się kołysać i wirować wokół mnie. Zatrzymałam się, ale obraz nadal się kręcił, mącił przed mymi oczyma.
 - Sakura-san? – głos Orichi’ego dobiegł mnie jak echo, jak gdyby w rzeczywistości malec był na drugim końcu długiego i opustoszałego korytarza.
Zerknęłam na niego i w jednej chwili kasztanowe włosy, niebieska bluzeczka, kolory, kształty i dziecięca twarzyczka zlały się w jedno. Moim ciałem wstrząsnęły drgawki, a kiedy spojrzałam na Madarę, Sharingan uprzytomnił mi, że jego właściciel właśnie tego oczekiwał. 
 - C-co… co mi zrobiłeś? – słabość mojego głosu przeraziła mnie samą.
Jako odpowiedz pokręcił w ręku trzymanym kunai, a zza pleców wyciągnął fiolkę z jakąś zgniło zieloną substancją w środku. To jakiś płyn otumaniający? Przyglądałam się temu ze zmrużonymi powiekami i nie potrafiłam z niczym utożsamić.
 - Co mi zrobiłeś? – wykrztusiłam rozdrażniona.
 - Zabiłem – bardziej szczęknął niż powiedział.  
 - Co?! – na krzyk Orichi’ego nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Moje ciało zdawało się ciężkie niczym ołów. Kolanami grzmotnęłam w podłogę i opadłam bokiem na gęste źdźbła trawy. – C-co się stało? Nic nie rozumiem… – szlochał.
 - Szybko działa – mruknął Madara i ze sztucznym uznaniem gapił się na fiolkę, po czym cisnął ostrzem gdzieś na bok. Szczęk metalu dał mi do zrozumienia, że kunai najwidoczniej zaliczyło spotkanie z wiekowymi cegłami. – Mam odświeżyć ci pamięć Haruno?
Chciałam powiedzieć: ”Bardzo proszę”, ale zamiast tego zakaszlnęłam.
 - Wydaje mi się, że wtedy uczestniczyłaś w tej misji. Pomagałaś Sasuke ukraść truciznę ze szpitala, nieprawdaż?
 - Trucizna, szpital… To było w Wiosce Piasku…
 - A więc pamiętasz.
Jakże mogłabym nie pamiętać. Tam Sasuke przytulił mnie po raz pierwszy, kilka dni później obdarował mnie również gorącym pocałunkiem. Prawdopodobnie zostałabym schwytana przez czeluść wspomnień, ale obecna sytuacja kategorycznie mi tego zabraniała.
Bowiem dopiero teraz dotarły do mnie słowa Madary.
Zabiłem.
- Nie… - zapłakałam w trawę. – To niemożliwe. Ta trucizna… Ona nie miała służyć do zabijania…
 - Otóż to. Rzeczywiście potrzebowałem tego na wojnę. Głównie, aby pozbyć się ludzi, na których nie chciałem tracić cennego czasu, ale wiesz… Ty zmarnowałaś mi go już wystarczająco. Trucizna panoszy się w twoim organizmie i za kilkanaście minut powinna cię zabić. Tak właśnie działa. 
I co? To naprawdę koniec? Naprawdę skończę w tak żałosny sposób, pokonana przez kropelkę zielonej mazi? Widok Sasuke stanął przed moimi oczami, a łzy automatycznie wezbrały się w moich oczach. Za skarby świata nie mogłam oswoić się z myślą, że te wszystkie wizje o szczęśliwej rodzinie, które zaatakowały mnie zaledwie kilka godzin temu są już nieaktualne. Przecież… byłam w ciąży. Miałam dziecko. Dziecko, które miało żyć w szczęśliwej i pełnej rodzinie, otoczone przez przyjaciół i bliskich.
A więc przypłaci życiem za błędy swojej matki?
Z niewiadomych przyczyn, gdy przedzierałam się przez las, pędziłam przed siebie w poszukiwaniu Madary i Orichi’ego… nawet przez myśl nie przemknęło mi, że mogłabym … zginąć. Tak jakbym była nieśmiertelna.
Nawet teraz trudno było mi oswoić się z tym faktem i prawdę powiedziawszy niezbyt w to wszystko wierzyłam.
Poczułam jak coś na mnie napiera.
Poczułam jak coś wilgotnego spływa po moim policzku.
Odwróciłam się.
O r i c h i…
Orichi klęczał obok i nachylał się nade mną, a z jego oczu leciał wartki strumień.
 - Ulecz się, powiedz, że możesz się uleczyć – bredził pod nosem.
 - To nic ci nie da. Nawet gdy pozbędziesz się rany, trucizna nadal będzie w twoim organizmie. To koniec, Haruno. Tym razem na zawsze i bez haczyków.
 - Jesteś potworem – ryk rozpaczy wydobył się z gardła dziecka. Jego główka opadła na moją klatkę piersiową, a całe ciało zaczęło trząść się pod wpływem donośnego szlochu.
Nagle zapragnęłam mu coś wyznać:
 - Hej… maluchu… - sięgnęłam po niego dłonią, ale ona również sprawiała wrażenie ołowianej, dlatego też niemal natychmiast opadła na grunt. Zaczynałam odczuwać działania zielonej mazi. – Orichi… - wyjąkałam wyraźniej.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie.
 - Sakura-san… to nie dzieje się naprawdę? Jutro przyjdziesz do Domu Dziecka, tak jak zawsze, prawda? Przyjdziesz i będziesz się z nami bawić… Chciałem zaśpiewać z tobą piosenkę. Jest taka… taka fajna…
Sakura, umierasz! Wyłam do samej siebie, żeby ta uparta część w końcu to zaakceptowała.
Zmrużyłam oczy i raz jeszcze coś wilgotnego zalało moje policzki.
 - Zapomniałam przedstawić ci statystykę.
 - Statystykę? – mruknął, ocierając łzy wierzchem dłoni.
 - Pamiętasz twój pierwszy trening ze mną i z Sasuke?
Skinął główką.
 - Za pierwszym razem celowałeś aż dwadzieścia trzy razy, zanim udało ci się trafić. Z drugiej odległości wykonałeś piętnaście rzutów, z trzeciej już tylko dwanaście. Czwarta mnie zadziwiła, ponieważ zabrała ci, aż dwadzieścia rzutów, ale dalej robiłeś same postępy. Szło ci naprawdę świetnie i wydaję mi się, że nawet Sasuke był z ciebie dumny, on…
Nie dane było mi dokończyć. Maluch ponownie rzucił się na moja klatkę piersiową i zaniósł płaczem. Serce krajało mi się na ten widok. Serce krajało mi się na myśl o każdym niespełnionym marzeniu i obietnicy.
 - Przyjdź jutro do Domu Dziecka… - usłyszałam stłumiony głos.
Z trudem przyszło mi unieść dłoń na tyle, aby umieścić ją na główce, ale uczyniłam to. Poczochrałam jego włosy, uśmiechając się.
 - Wzruszająca scenka – wtrącił Madara. – Niestety, ona już nigdy nie przyjdzie cię odwiedzić. Wreszcie zakończyłem twoje marne życia, a co najważniejsze zapobiegłem katastrofie w klanie Uchiha. Diabli wiedzą jak żałosną osobą byłoby… twoje dziecko, dodatkowo obdarzone Sharingan’em.
Orichi milczał dokładnie przez cztery sekundy.
 - Jestem pewny, że dziecko Sakury-san będzie najwspanialszym człowiekiem na ziemi. W każdym razie ja na pewno się z nim zaprzyjaźnię – zwrócił się do mnie, racząc sztucznym uśmiechem. Cały efekt zepsuł potok łez, który wdarł się na jego twarz. – Zaprzyjaźnię się z nim. To będzie chłopczyk. Czuję to. Jeśli będzie połączeniem ciebie i Sasuke to… nie wiem, będzie po prostu super! Osobno jesteście najlepszymi przyjaciółmi na świecie, a co dopiero gdyby na świat przyszło wasze połączenie.
 - Orichi… - musiałam wbić siekacze w dolną wargę, ażeby ta przestała drgać. Teraz. Dopiero teraz uparta Sakura to zrozumiała. Umieram. Cała ja. Coraz dobitniej czułam jak każdy mój mięsień rozrywa się z bólu i tylko wyłącznie szok posttraumatyczny pozwalał mi to przetrwać. – Ja... Dziękuję ci. Za wszystko.
To naprawdę koniec? A ja głupia łudziłam się, że nadejdzie taki dzień, w którym pozwolę potrzymać moje dziecko Orichi’emu i powiem mu: „Liczę na to, że zostaniecie najlepszymi przyjaciółmi.” Przez wizję tej sceny rozpłakałam się jeszcze bardziej. Prawdopodobnie za kilka minut pozbędę się całej wody z organizmu.
 - Och, litości. Zaraz się wzruszę. Teraz kiedy zabiję Sasuke będę musiał sam odbudować klan Uchiha. Być może kiedy zniszczę Konohę wezmę cię pod moje skrzydła – ciągnął Madara. Z przerażeniem stwierdziłam, że zwraca się do Orichi’ego. – Jesteś dobrze zapowiadającym się Shinobi. Masz motywację i nienawiść, prawda? Nienawidzisz mnie za to, że zabiłem twoją najdroższą osobę.
 - Zamknij się! – zainterweniowałam, nie mogąc już dłużej tego znieść. Orichi spuścił wzrok, a jego ręce zwinęły się w pięści.
 - Nie zabiłeś. Sakura-san nadal żyje.
 - Już niedługo – stwierdził posępnie, rozluźniając się. – Jeszcze zobaczysz, że sam do mnie przyjdziesz. W naszym świecie są takie rany, które uleczyć może tylko zemsta i szansa odwetu. Czy moja śmierć nie byłaby dla ciebie najlepszą opcją? Zaprawdę…
I wtedy szelest liści dał kres monologi Madary nim ten w ogóle zdążył się rozpocząć. Przerwał też produkowanie nowej maszyny do zabijania, jak i moje rozzłoszczenie, przez które drżało całe ciało. Zebrałam w sobie wystarczająco siły, aby na czworaka poczołgać się w stronę skruszonej ściany.
Jak wywołany duch zza korony najwyższego drzewa wyskoczyła postać. Poruszała się tak szybko, niemal niedostrzegalnie. Momentalnie rzuciła się na Madarę i już po chwili dwójka mężczyzn runęła na ziemie, przy czym obcy przybysz miał przewagę nad Uchihą.
 - Ty… - zgrzyt zębów i charchot wydychanego powietrza. Z przerażeniem uzmysłowiłam sobie, że to Sasuke siedzi teraz okrakiem na Madarze gniotąc jego szyję. Był zaledwie kilka metrów ode mnie. Pragnęłam pokonać ten dystans, wyznać mu, że byłam na tyle żałosna i nie obroniłam Konohy tak jakby należało.
Wyznać, że umieram.
I wtem nasze spojrzenia się spotykały. Z początku jego ślepia karały mnie wejrzeniem tak ostrym, że mogłyby ciąć jak nóż. Dopiero po czasie wyraz jego twarzy przeistoczył się w coś bardziej łagodnego. Wyrzut, bezsilność… szok.
Wgramoliłam się już na teren przy osamotnionych cegłach, podtrzymując ciężar ciała na rękach, które dygotały niemiłosiernie. Zapragnęłam przekazać mu wzrokiem prostą informację:
S a s u k e ,
Nigdy nie staniemy się rodziną, nigdy nie chwycimy w ramiona naszego dziecka i nigdy nie ucałujemy jego policzka, nigdy też nie poczujemy się dumnymi rodzicami….
Już nigdy więcej mnie nie pocałujesz, nie przytulisz, nie zrugasz za lekkomyślność, ani nie nazwiesz irytującą dziewczynką, już nigdy więcej nie powiesz mi „Jesteś wyjątkowa”…
S a s u k e
U m i e r a m.
S A S U K E
Wbrew temu, że w moim umyśle kołatało się tysiące scenariuszy i obecny stan Sakury również zawitał w jednym z nich, nie mogłem odeprzeć tego straszliwego uczucia i skurczu w żołądku. W rzeczywistości czułem się tak jak gdybym planował zastać Haruno oczekującą na moje przybycie, szczęśliwą i bezpieczną ze szklanką gorącej herbaty w ręku.
Gapiłem się na nią nieprzerwanie. Obserwowałem jak w żółwim tempie jej klatka piersiowa unosi się i opada, obserwowałem jak płacze i zerka na mnie co chwila wzrokiem życiowej ofiary. Ból w piersi gwałtownie się wzmógł, był tak nagły i intensywny, że aż zacisnąłem oczy. Twarz lśniła mi od potu.
 - Wybacz mi – dobiegł mnie jej zalękniony głos. Zacząłem szukać odpowiedzi gdzie indziej, ale Orichi siedział skulony przy drzewie, przypominając mi wielką, ludzką kulkę.
Madara najwidoczniej chciał wykorzystać moje oszołomienie, ponieważ niespodziewanie pozbył się mojego ciężaru ciała, kierując go na szlochające nieopodal dziecko. Runęłam na ziemie dosłownie kilka centymetrów obok, a Orichi ani nie drgnął.
Ale gdy już miałem zalać go falą pytań, ten niespodziewanie się odezwał:
 - Sasuke, pokonaj go. Proszę. Sakura-san mówiła, że niedługo jego poziom chakry będzie bardzo słaby przez Jutsu, którego wcześniej używała.
Chciałem, żeby Sakura potwierdziła te słowa, ale gdy na nią popatrzyłem, ona zwyczajnie spuściła wzrok i oddała się płaczowi.
 - Wybacz mi.
Ale co? Co mam ci wybaczyć? To, że nie jestem na tyle silny, aby bronić cię jak na prawdziwego Uchihe przystało?
Znów zawrzała we mnie złość.
 - Zabiję cię – zwróciłem się do Madary. – Zabiję cię!!
 - Biedny, nieświadomy Sasuke – zanucił cierpko.
Orichi zaczął powoli się podnosić. Wspomogłem go, podając mu rękę. Ciepło jego dłoni odrobinę ukoiło gniew.
 - Uciekaj stąd. Wracaj do wioski.
 - Nie zostawię ciebie i Sakury-san…
 - Ale jej prawie już nie ma – Uchiha zagrzmiał falą śmiechu. Nie rozumiałem jego słów, ale w tym momencie liczyła się dla mnie bezpieczna ewakuacja malca. Pchnąłem go delikatnie w głąb lasu.
 - Orichi…
 - Sasuke, nie każ mi zachowywać się jak tchórz.
 - Nie jesteś tchórzem i ja dobrze o tym wiem. Już wystarczająco przyczyniłeś się do uratowania Konohy, a teraz zostaw to wszystko mnie.
 - Sakura-san też tak mówiła – drążył dalej, ale ostatecznie począł stawiać chwiejne kroki we wskazanym wcześniej kierunku. Bezustannie przyglądał się zasapanej Haruno. – Wezwę pomoc. Uratuję cię Sakura-san – ni stąd ni zowąd przybrał zacięty wyraz twarzy.
 - Idź już! – ryknąłem ostrzej niżby należało. Malec patrzył na mnie z wyrzutem i zniknął pomiędzy grubymi korami drzew.  
Madara, nawet nie czekając, aż zniknie z pola widzenia, zbliżył się do mnie i zacmokał z uznaniem.
 - Zadziwiacie mnie. Wasza upartość doprawdy nie zna granic.
 - Pożałujesz – chwyciłem jego nadgarstek i mocno ścisnąłem. – Pożałujesz, że chciałeś oszukać mnie w tak perfidny sposób. Wykorzystałeś tylko ze względu na moje pochodzenie i Sharingan.
 - Nie zapominaj o nienawiści do twojego brata – roześmiał się nagle. – To najbardziej przyczyniło się do twojej naiwności. Sądziłeś, że naprawdę chcę pomścić klan Uchiha, kiedy w rzeczywistości opuściłem go przed całą katastrofą. Nie możesz winić mnie o śmierć swoich bliskich i dobrze o tym wiesz. Danzo wszystko zaplanował. Twój brat… cóż, młody, głupi… Tak jak ty teraz.
W tym momencie Madara prawdopodobnie skumulował w mojej pięści całą dotychczasową nienawiść i jeszcze trochę dodatkowej, dotyczącej Itachi’ego. W każdym razie zamachnąłem się tak mocno i ku memu zdziwieniu – nie chybiłem. Nawet będąc tak potwornie rozjuszonym i wyprowadzonym z równowagi.
Madara upadł na ziemię, a kawałki rozkruszonej maski zanurzyły się w gęstej trawie. I kiedy już myślałem, że wreszcie ujrzę jego prawdziwe obliczę, zrozumiałem, że w owej chwili nasze pole widoczności ogranicza się wyłącznie do ust i kawałka policzka.
 - Nie powinieneś tracić tyle czasu – parsknął śmiechem. Znów! Znów przerzucił się na ten szyderczy styl bycia.
 - O czym ty mówisz? – zmarszczyłem czoło.
 - Twoja Haruno nie spisała się dzisiaj najlepiej, właściwie całkiem zawaliła sprawę. Poleciłbym ci, abyś skarcił ją za takie zachowanie, ale widzisz… sam zdołałem już to zrobić.
Z migoczącym pytajnikiem nad głową prześlizgnąłem spojrzenie na Sakurę. Wciąż podpierała ciężar ciała na rękach, wciąż drżała i najwidoczniej żeby potwierdzić swój tragiczny stan plunęła sporą ilością krwi.
 - Wybacz mi.
 - S-sakura… - chwilę zajęło mi pozbieranie myśli. – Sakura, dlaczego się nie leczysz?
I wówczas dopadło mnie olśnienie:
 - Wierzę w ciebie. Myślę, że ja z oddziałami ANBU i wszystkimi drużynami zdołamy opanować sytuację w wiosce dopóty, dopóki Madary nie będzie w pobliżu. Są poza murami wioski, czujesz chakrę Sakury, prawda?
Zamknąłem oczy, rzucając się w otchłań skupienia. Coś słabego pulsowało niecały kilometr od nas.
 - Czuję – przez mój głos przebijała się narastająca panika.
 - I czujesz też w jakim stanie jest jej chakra?
 - Nie mam już chakry – wyjąkała w tym samym momencie, a krople łez mieszały się z krwią na jej kolanach. – Nic już nie mam…
 - Sasuke – usłyszałem głos Madary, lecz nie był on na tyle interesujący, aby zwrócić moją uwagę. Mierzyłem wzrokiem Sakurę, a kiedy już miałem do niej podchodzić, Uchiha zatrzymał mnie mocnym szarpnięciem. – Sasuke!
 - Zostaw mnie!
 - Spójrz…
 - Nie chcę na nic patrzyć, ja…! – uciąłem, bo raptem przed oczami zmaterializowała mi się jakaś zielonkawa fiolka. Madara rozhuśtał ją troszeczkę dla uzyskania lepszego efektu.
 - Pamiętasz?
Szok uderzył we mnie jak olbrzymie tsunami w maleńką wysepkę. Najwyraźniej musiałem zatoczyć się do tyłu, ponieważ zamiast Madary przed oczami stanęły mi korony drzew.
 - Czyżby ty…
 - Zabiłem ją. Haruno umrze za kilka minut – zaakcentował każdą sylabę niczym matka dla nowonarodzonego bobasa. Tyle, że w jego głosie nie było krzty zatroskania i zmartwienia. On posługiwał się wyłącznie kpiną i tym denerwującym śmiechem.
Sakura…
 - Wybacz mi.
S A K U R A
Sasuke świdrował mnie spojrzeniem wielkich oczu. Patrzył na mnie jak w amoku, zahipnotyzowany, uciekający od rzeczywistości. Jego czarne tęczówki, które zawsze tryskały charakterystyczną energią, charyzmą i dumą, w tej chwili nabrały szarawego odcieniu asfaltu. Nastąpił cichy syk, a Sharingan zniknął.
Mięśnie coraz bardziej rozdzierały mnie swoim bólem. Sasuke rzucił się obok mnie na trawę, a jego zrozpaczony wyraz twarzy był prawdopodobnie najbardziej wyraźną emocją jaką miałam zaszczyt obserwować.
 - Sakura, nie! Błagam! To kiepski żart, prawda? Błagam, powiedz, że to nieprawda! – bredził po nosem, ujmując moją dłoń.
 - Wybacz mi – powtórzyłam po raz setny, sądząc, że w końcu naprawdę usłyszę: „Wybaczam…”
Madara wyparował, drzewa wyparowały, trawa, kruszące się cegły, leżące na ziemi ostrza… Wszystko zalało się mętną czernią i tylko Sasuke było dane na niej spoczywać.
 - Niemożliwe… – odezwał się słabo. Jego głos podziałał jak balsam nie tylko na ból, ale na ukojenie nerwów, które i tak były już w strzępach. Nie przyszło mi do głowy nic innego jak tylko się na niego gapić. – Sakura, powiedz mi, że to żart. Proszę… - słyszałam bicia jego serca. – Błagam.
 - Byłam za słaba… Walczyłam, ale nie dałam rady. To była chwila nieuwagi, nie spodziewałam się, że Madara mógłby użyć…
Krzyk wściekłości ze strony Sasuke wciął mi się słowo. Uchiha był już przy mnie, czułam ciepło i chłód jednocześnie. Położył dłonie na moich ramionach i delikatnie naparł. Zaskoczona osuwałam się do tyłu, aż w końcu moja głowa spoczęła na ziemi. Twarz Sasuke zjawiła się przede mną. 
Chciałam unieść rękę i pogładzić jego policzek, nasycić się nim całym tuż przed śmiercią, ale zamiast tego moja dłoń natrafiła na coś zimnego i stalowego. Czarna otchłań momentalnie rozkruszyła się jak szkło przywracając mnie do rzeczywistości. Nie mogłam zapominać o najważniejszym; Madara nadal oddychał.
 - Sasuke… - starałam się wypowiadać jak najciszej, ale również jak najbardziej wyraźnie. Nachylał się nade mną, a jego dłoń była obok mojego barku. Ostrożnie podsunęłam pod nią kunai.
Zerknął w bok. Sądziłam, że będę musiała gestykulować, aby bez słów wyznać mu, że blisko nas jest tajna broń – zatrute kunai, jednak Sasuke oczywiście musiał użyć swojej niesamowitej spostrzegawczości, albo najzwyczajniej w świecie zauważył zielony płyn, w którym kąpane było ostrze.
 - Zgoda – wyszeptał.
Przez chwilę przerażona pomyślałam, że mógł to opacznie zrozumieć…Poczułam jak zaciska je w pięści. Niespodziewanie zamiast skierować się na Madarę, pochylił się nade mną jeszcze bardziej i teraz niepodważalnie dzielił nas zaledwie jeden milimetr. Wpatrywałam się w niego znad półprzymkniętych powiek, gorąca fala krążyła mi z krwią (i z trucizną) w żyłach. Mój oddech z każdą sekundą był coraz bardziej płytszy i rzadszy.
 - Sakura, pozwól mi – rzekł zachrypniętym głosem.
To był ten moment, w którym Sasuke, zupełnie niespodziewanie, złożył na moich ustach nieśmiały pocałunek. Niemal rozpłynęłam się pod jego wargami. Były ciepłe, kojące… w takiej chwilach nawet urwana noga nie byłaby dla mnie przeszkodą. Przyjemność opuściła mnie jednak równie szybko co nadeszła, bo wystarczył jeden moment, żeby Sasuke uśpił czujność Madary, chwycił kunai i cisnął nim prosto w niego. Rozgorączkowana wyjrzałam zza ramienia Sasuke, chcąc jak najprędzej poznać wynik mini starcia.
 - Cholera! – rozległ się krzyk Madary.
Z nieukrywaną radością dostrzegłam jak kunai głęboko wniknęło w jego lewą nogę. Madara utracił równowagę, a jego upadek zatrzymała kora drzewa, o którą grzmotnął, osunąwszy się na dół. Z westchnięciem ulgi ułożyłam się na miękkich źdźbłach trawy.
 - Ty sukinsynie! Zapłacisz mi za to! – Sasuke milczał. Rejestrował całe wydarzenie kątem oka, nie oddalając się ode mnie nawet o milimetr. Nawet gdy powietrze rozbrzmiało cichym szmerem, jego twarz była wyprana z emocji. Kiedy chciałam znów podnieść głowę i sprawdzić stan Madary, on położył dłoń na moim czole i z powrotem skierował w dół.
 - Przestań. On zniknął – zazgrzytał zębami, patrząc głęboko w moje oczy.
 - J-jak to… zniknął? – zdziwiłam się.
 - Zdążył użyć Jutsu Teleportacji. Zapewne będzie starał się teraz usunąć truciznę z organizmu. Miejmy nadzieje, że dla niego będzie za późno.
Chciałam dodać: „Tak jak dla mnie”, ale zamiast tego wypaliłam.
 - Miał jeszcze tak wiele chakry…?
 - Najwidoczniej tak – odparł ponuro i naraz ogarnęła nas grobowa cisza. Nie chciałam owijać w bawełnę. Umierałam, a moją jedyną zachcianką było jak najintensywniej wykorzystać ostatnie minuty życia.
Ciało człowieka to w siedemdziesięciu procentach woda. Tak czy inaczej ja mogłabym spekulować. Nawet po tylu godzinach płaczu, wciąż byłam w stanie rozryczeć się na taka skalę, żeby momentalnie nawilżyć każdą część policzków.
 - To pożegnanie? – rzuciłam bez namysłu.
Oczy Sasuke otworzyły się bardzo szeroko, a jego drżąca ręką pogładziła mój policzek, z kolei głowa przytuliła się do obojczyka.
Przeszył mnie ból, ale nie taki zwyczajowy. Ten ból nie miał nic wspólnego z otrzymanymi obrażeniami. Dotyczył on głowie obecnej sytuacji i faktu, że już nigdy, przenigdy nie będę w stanie zanurzyć się w smolistej czerni oczów Sasuke i przeklinać się za moje zauroczenie i niefrasobliwość.
Wspomnienia uderzyły we mnie z niewiarygodną siłą i naprzemiennie prezentowały poszczególne wydarzenia niczym błyskawiczny pokaz slajdów. A potem w jednej chwili wszystkie umarły i znów zjawił się przede mną pozbawiony ostrości czubek głowy Sasuke. Na zewnątrz uporczywie maskowałam narastające we mnie emocje, lecz po zniknięciu obrazów z przeszłości, raz jeszcze zalałam się solidną falą łez, a moje struny głosowe zawibrowały pod wpływem straszliwego szlochu.
 - Wiesz co, Sasuke? – bardziej chlipnęłam niż powiedziałam, ale Uchiha i tak podniósł wzrok. Zmroziło mnie, gdy ujrzałam łzy w jego oczach. To był pierwszy znak, że mimo takiej sytuacji, on nadal jest świadom tego, że widzę go w takim stanie. Na jego twarzy malowało się coś na podobieństwo zażenowania. Postanowiłam z całych sił to zlekceważyć i kontynuować: - Wiesz, że kiedyś wyobrażałam sobie jak chciałabym, aby wyglądała moja śmierć? – zamknęłam oczy i mocno zacisnęłam. Kosmyki włosów Sasuke łaskotały mnie po policzkach. – Chciałam umrzeć z honorem, jako osoba, która uratuje wszystkich, poświęcając siebie. Potem ukrywając rozpacz w zakamarkach duszy, wypowiedziałabym słowa wsparcia dla innych. Słowa, które stałyby się mottem wielu późniejszych pokoleń i przyczyniły do mobilizacji w starciu z własnymi lękami. Ale nie jestem na tyle silna. Nie potrafię pogładzić twojego policzka, patrząc ci w oczy ze spokojem i podeprzeć na duchu. To mnie rozdziera smutek z powodu rozstania, bo nadal nękają mnie obrazy – szloch czarno-włosego na parę chwil zbił mnie z rytmu. Zachłysnęłam się krwią, w momencie gdy łza Sasuke uderzyła o mój policzek, tocząc się po odpowiedniej ścieżce. – Ty Sasuke… ty i ja… i nasze dziecko. Razem… razem przy kominku, opatuleni przez ciepło ogniska, zwinięci w bawełniane kocyki z kubkami gorącej herbaty, snując opowieści, tuląc nasze dziecko i dotrzymując towarzystwa, póki nie zaśnie. To takie…
Zdawałam sobie sprawę, że mówiąc to prowadzę Sasuke coraz głębiej w otchłań smutku, a on, nie mając innego wyjścia, podąża za mną jak w amoku, opętany przez agonię.
 - Głupia – odezwał się nagle, używając cichego i zlęknionego tonu. – Jak zdołałaś doprowadzić mnie do takiego stanu? Wypełnić miłością po same brzegi, niwelując nienawiść? No jak? Byłaś taka mała, niepozorna i pyskata. Z początku kompletnie mnie irytowałaś, ale potem… nawet nie mam bladego pojęcia w jakim momencie ja… - zrobił pauzę i pociągnąwszy nosem, pozwolił kolejnym łzą potoczyć się po jego skórze. – Ja… zacząłem martwić się o tą irytującą dziewczynkę bardziej niż o cokolwiek innego.
 - Sasuke. Jestem dumna z tego. Naprawdę – uśmiechnęłam się ponuro. – Dlatego nie chcę teraz zostawiać tego i tak po prostu…!
 - Ćśś. – Sasuke ujął moją szyję i bardziej dosunął swoją twarz tak, że teraz stykaliśmy się nosami. – Sakura. Czy to nie czyni z ciebie bohatera? Bohatera, który uratował nie tylko jedną przepełnioną nienawiścią osobę, ale i całą wioskę przed śmiercią?
Może to nie przystało na taką chwilę, ale i tak gapiłam się na niego z rozdziawionymi ustami. Musiałam bronić honoru prawdziwych bohaterów!
 - To nieprawda! Ja… nie zasługuję na to miano. Przeze mnie… przez mnie znowu straciłeś… swoją rodzinę… Przeze mnie zginęło nasze dziecko!
 - To moja wina! – jego desperacki krzyk sprawił, że strach na nowo owinął się wokół mego żołądka. – To ja nie byłem na tyle silny, żeby was obronić! Nie byłem silny, tylko głupi i naiwny!
Z zaciśniętymi ustami, tym razem to ja chwyciłam go za szyję, a Sasuke raz jeszcze przytulił się do mojego obojczyka.
 - Kocham cię Sasuke. A jeśli będziesz kiedykolwiek się obwiniać, wiedz, że nie zaznam przez to spokoju.
- Nie mów tak! Dobrze wiesz, że nigdy sobie tego nie wybaczę… jednak, może to nie przystoi na Uchihę, ale… błagam cię. Nie zostawiaj mnie – podniósł się i ponownie świdrował wzrokiem. – Nie zostawiaj mnie teraz, gdy chcę naprawić wszystkie błędy, teraz gdy nauczyłaś mnie jak kochać. Tak Sakura! – powiedział dobitniej, niemal krzycząc, gdy wytrzeszczyłam oczy. – Kocham cię! Bóg jeden wie, kiedy do tego doszło, ale nawet gdy próbowałem uparcie sobie wmówić, że to nieprawda i nawet, gdy byłem już bliski przekonania samego siebie, ty znowu się zjawiałaś… z tym pięknym uśmiechem i błyszczącymi włosami… - zakończył, owijając wokół palca jeden z moich kosmyków.
I wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie; wybuchłam śmiechem i płaczem równocześnie.
 - To piękne umierać z taką świadomością – wyznałam cicho. – Być kochaną przez Sasuke Uchihe. Przynajmniej jedno z marzeń zdążyło się speł… - zdziwiona stwierdziłam, że mój głos nagle gdzieś umknął, a powieki samoistnie schodzą w dół.
 - Sakura! – usłyszałam szloch Sasuke. – Nie umieraj, proszę! Kocham ciebie, a także nasze dziecko!
Nie umrę Sasuke…
Mam jeszcze wiele do powiedzenia.
 - H-hej… nie martw się – z trudem przyszło mi coś z siebie wydusić. – Przecież wiesz, że jestem gadułą. Po za tym jestem przekonana, że nasze dziecko również cię kocha. Miałam w planach opowiedzieć mu kiedyś jak cudownym człowiekiem jest jego tatuś… - weź się w garść, weź się w garść, lamentowałam.  Znów poczułam się okropnie smutna. – Orichi powiedział, że to chłopczyk.
Sasuke milczał. Z ledwością dostrzegłam jak całe jego ciało dygota. Przyglądałam się mu, a gdy znów dopadła mnie ta myśl, że prawdopodobnie widzę go po raz ostatni, nie mogłam inaczej – musiałam pozbyć się kolejnych litrów wody z organizmu.
 - Wpadła mi do głowy taka myśl… właściwie dopiero przed chwilą, ale chce się nią z tobą podzielić przed śmiercią.
Na ostatnie słowa Sasuke wzdrygnął się w wyraźny sposób. Ścisnęłam mocno jego rękę, gdy pulsujący ból dał o sobie znać.
 - Sakura! Nie! Nie zostawiaj mnie, błagam! Spróbuj się uleczyć, być może Madara … może on tylko …
 - Chyba za dużo gadam – chlipałam, przestając sztucznie się uśmiechać. Teraz ujęłam jego policzki i ośmieliłam się utonąć w niekończącej się czerni. – Chyba nie trzeba być nawet bohaterem, ani szanowanym autorytetem dla wielu ludzi, wystarczy kochać i być kochanym, aby umrzeć z uśmiechem na twarzy. Kocham cię, Sasuke…
Rzeżąc, zaczerpnęłam powietrza i wiedziałam, że na kolejny oddech nie będę miała już sił.
Na język sunęło mi się jeszcze tysiące słów. Chciałam prosić Sasuke o opiekę nad Orichi’m, chciałam prosić go, aby się nie obwiniał i w miarę możliwości myślał o mnie tak, abym mogła być jeszcze szczęśliwsza. Ale wtedy jego twarz zniknęła. Typowe „Bum, bum, bum”, które zawsze słyszałam w piersi, podczas nerwowych momentów ucichło. Płacz Sasuke był jak echo, płacz i wołania. Moje imię.
Sakura, Sakura…
Sakura nie zostawiaj mnie, błagam!
Ostatnim co poczułam to ramiona Sasuke, które obejmowały mnie tak mocno, że z pewnością w normalnych warunkach zabrakłoby mi tchu. Usiłowałam odwzajemnić uścisk, jednak w połowie drogi moje dłonie runęły na podłogę.
Trucizna przeistoczyła się w śmierć. I teraz to ona panoszyła się w moim organizmie, rujnując marzenia i obietnice, pozbawiając blasku całego mojego życia.
To dziwne, bo myśl, że Sasuke naprawdę mnie kocha wyparła wszystkie inne i przez chwilę poczułam się szczęśliwa.
Umierałam, będąc szczęśliwa.
S A S U K E
Ufam jej, a ona odchodzi.
Kocham ją, a ona umiera.
Sakura… nie żyje.
Nasze czoła stykały się. Moje łzy toczyły się po jej twarzy, mieszały z krwią, znikały w objęciach trawy.
Już nigdy nie ujrzę zieleni jej tęczówek, nie zachwycę się nad ich cudownym odcieniem. Nie pocałuję jej, nie przytulę, nie powiem żadnej złośliwości, ani nawet nie poprztykam, nie wyznam, że nadzieja jest matką głupich. Już nigdy nie ujrzę tej bruzdy wściekłości, która zawsze pojawiała się na jej czole, gdy się wściekała. Nigdy nie usłyszę jej dziecinnego śmiechu, nigdy też nie będę obserwował jak w skupieniu pozbywa się moich ran, jak skacze radośnie wokół mnie i złośliwie woła moje imię, jak wspaniale dogaduje się z Suigetsu i jak pyta się mnie czy wszystko w porządku.
Łkałem nad nią zupełnie tak jak lata temu nad moimi rodzicami. Nie mogłem znieść prawdy. Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że raz jeszcze zrujnowałem całe swoje życie.
Patrzyłem na lepką zieloną maź, która została na trawie, tuż obok dłoni Sakury.
Kocham cię, Sasuke…
Kocha mnie, ja ją kocham. Czy nie lepiej byłoby gdybym dołączył do niej w zaświatach?
Ale ona była pięknym, dobrym aniołem, a ja wcieleniem szatana. Jeśli istnieje niebo i piekło, to Wszechmogący z całą pewnością rozdzieliłby nas gruby kratami.
Sakura była urzeczywistnieniem mojego szczęścia.
To ona nadała barwy memu życiu po wszystkim co przeżyłem z Itachi’m.
A ja znów nie byłem wystarczająco silny, aby godnie tego bronić.

Nie wiem jak mogłabym się odnieść do tego rozdziału. Prawdę powiedziawszy, wolałabym pozostawić go bez komentarza. To chyba najtrudniejszy i najważniejszy rozdział jaki kiedykolwiek pisałam. Przyznam, że nie do końca zadawala mnie efekt końcowy, a poprawką nie było końca. Ostatecznie przedstawiłam wam właśnie to i… mam nadzieję, że naprawdę wczuliście się w odpowiedni klimat.
Chciałabym wam podziękować. Dopiero ten rozdział uzmysłowił mi jak długo prowadzę tego bloga i jak wiele razy miałam ochotę zaprzestać.
Mam taki skromny prezent. Nic wielkiego, ale tym razem naprawdę jestem wam wdzięczna. Bardziej niż kiedykolwiek.
Oto on:
Mam jeszcze drugą prośbę (tak jestem okropna), zależy mi bardzo, aby jak najwięcej osób wypowiedziało się o tym rozdziale. Nie musi być to jakaś wymyślna opinia. Po prostu chcę się przekonać jak ten rozdział na was wpłynął i co powinnam udoskonalić przy kolejnych razach.
Dziękuję po raz setny.
Akemii